Iść czy nie iść na debatę, oto jest pytanie

Donald Tusk odświeżył w tym tygodniu pomysł debaty z Jarosławem Kaczyńskim. Odpowiedzi jak zwykle się nie doczekał. Czy uciekanie od debaty zawsze jest błędem?


Dokładnie 20 lat temu urzędujący prezydent Francji Jacques Chirac odmówił wzięcia udziału w debacie z Jean-Marie Le Pen, ojcem Marine, i przerwał w ten sposób tradycję debat telewizyjnych rozpoczętą w 1974 roku przez François Mitteranda i Valéry Giscarda d’Estaing.

„Nie mogę zaakceptować banalizacji nietolerancji i nienawiści”, wyjaśnił swoją decyzję Chirac i miało to wtedy sporo sensu, bo prawicowy ekstremizm nie był w 2002 roku naszą codziennością, a wejście do drugiej tury radykała Le Pena zszokowało światową opinię publiczną.

Oczywiście tak wygląda wersja zmitologizowana, bo Chirac miał też inne powody, żeby unikać Le Pena. Bał się jego ostrego języka i oskarżeń o powiązania z biznesem, bał się, że Le Pen powie prawdę o spotkaniu między dwoma panami w 1988 roku, które stało się w kampanii przedmiotem wielu spekulacji.

Chirac proponował wersję debaty bez dialogu, w której dwaj kandydaci odpowiadaliby jeden po drugim na pytania dziennikarzy. Le Pen propozycję odrzucił.

Sądząc po tym jak Francuzi zapamiętali całą sytuację, Chirac podjął właściwą decyzję.

Utarło się przekonanie, że unikanie debat to błąd. Powyższy przykład – a także kilka nieco świeższych – udowadnia, że niekoniecznie tak jest.

  • Przykłady najnowsze: Victor Orban i Aleksandar Vučić

Ani kandydat na węgierskiego premiera, ani na serbskiego prezydenta nie spotkali się w tym roku twarzą w twarz z kontrkandydatami.

W pierwszym przypadku można by dyskutować czy debata potencjalnych premierów jest częścią tradycji demokratycznych. Nawet jednak jeśli uznamy, że nią nie jest  – w sytuacji tak ogromnej polaryzacji społeczeństwa, istnienia dwóch jasno zarysowanych bloków i marginalizacji roli prezydenta, warto byłoby przeprowadzić takie starcie.

Z kolei w Serbii ostatnia debata prezydencka odbyła się w 2012 roku pomiędzy odchodzącym prezydentem Borisem Tadiciem i kandydatem Serbskiej Partii Postępowej (SNS) Tomislavem Nikoliciem.

Foto: Reuters

Aleksandar Vučić (także kandydat SNS) występował w kampaniach wyłącznie solo a głosy sprzeciwu w stosunku do takiego jego zachowania są dość słabe (co nie znaczy, ze ich nie ma).

Skąd niechęć obu polityków do debat?

Dyktatorzy źle się czują, kiedy ktoś mówi im, że nie mają racji i przedstawia inny pogląd na sprawę. Po co więc ryzykować nieprzyjemności i ewentualną porażkę na argumenty, jeśli wynik wyborów jest z góry przesądzony? Po co dawać przeciwnikowi możliwość wypowiedzenia się w mediach publicznych, gdzie na co dzień jest od zdrajcą i wrogiem państwa?

Sztaby Orbana i Vučicia słusznie zdecydowały, że niema takiej potrzeby.

  • Przykład starszy, ale aktualny: Wołodymyr Zełenski

Debata stała głównym tematem kampanii przed drugą turą ukraińskich wyborów prezydenckich w 2019 roku.

Zaraz po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wezwał do niej kandydat z mniejszą ilością głosów, Petro Poroszenko.

Poroszenko dobrze wiedział, co robi – Zełenski rzadko pokazywał się w przestrzeni publicznej, nie organizował spotkań z wyborcami, a tylko komunikował się z nimi z pomocą mediów społecznościowych. Kontrolował więc zupełnie swój przekaz i niewiele wiedziano o jego poglądach na wiele spraw.

Zełenski odpowiedział filmikiem na YouTube, w którym postawił swoje warunki: debata miała się odbyć na stadionie przed Ukraińcami, a prawo do transmisji miała mieć każda telewizja.

Zażądał też testów medycznych i tu znów nastąpił chaos, bo Poroszenko poddał się testom na stadionie, a Zełenski w prywatnej klinice. Była też kłótnia o moderatora (Zełenski proponował Julię Tymoszenko, która nie weszła do drugiej tury), a potem też termin (w pewnym momencie Poroszenko pojawił się na stadionie sam).

Do debaty w końcu doszło – i była to z pewnością najbardziej oryginalna formuła we współczesnej historii politycznej, gdzie kandydaci stawiają sobie pytania i mówią, co im ślina na język przyniesie.

Przynajmniej w teorii Poroszenko mógł mieć z całej tej awantury więcej korzyści – bo jego stanowisko było od początku jasne. Kluczenie w sprawie debaty nie wpłynęło jednak ujemnie na końcowy rezultat faworyta Zełenskiego.

  • Przykład polski: Rafał Trzaskowski

Pytanie, przed którym stanął Rafał Trzaskowski w 2020 roku było proste: czy warto w ogóle iść na debatę do TVP, w której twojemu przeciwnikowi aktywnie pomagają wszyscy, od dyrektora, przez prowadzącego, do kabli na podłodze?

Foto: PAP

Sztab Trzaskowskiego postawił na rozwiązanie kompromisowe: kandydat wziął udział w debacie przed pierwszą turą, a przed drugą zaproponował „Arenę prezydencką”, na którą zaprosił dziennikarzy z 15 różnych redakcji.

„Już byłem w TVP. Widziałem jak ta debata wygląda. Pytania, które nie mają nic wspólnego z dzisiejszą rzeczywistością, z dzisiejszymi problemami Polek i Polaków”, uzasadnił swoją decyzję Trzaskowski i nie sposób odmówić mu racji.

Wynik wyborów jest nam dobrze znany.

W odpowiedzi na pytanie tytułowe nasuwa się więc następujący wniosek: każdą decyzję sztabu można zapakować – lepiej lub gorzej. W spolaryzowanym świecie wyborcy widzą jednak najczęściej to, co sami chcą zobaczyć (percepcja ewentualnej debaty Tusk-Kaczyński pewnie by to potwierdziła).

Nie da się zaprzeczyć, że debaty wzbudzają sporo emocji i lepiej je wygrać niż przegrać. Od dawna nie są już jednak warunkiem zwycięstwa.


Chcesz być na bieżąco? Zostaw nam swój mail!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: