Spoza układu, czyli wygasłe gwiazdy polskiej polityki, część 1

Już ponad trzydzieści lat Polacy szukają lidera niebędącego częścią tradycyjnych podziałów partyjnych. W cyklu „Spoza układu” analizujemy składowe sukcesu wizerunkowego „nowych nadziei” polskiej polityki


Kiedyś liczyło się, z której strony Okrągłego Stołu siedziałeś.

Władzą w Polsce wymieniali się spadkobiercy PZPR i obozu „Solidarności”. Po marginalizacji postkomunistów na pierwszy plan wysunęli się „postsolidarnościowcy” różnej maści i tak, gdzieś na początku naszego stulecia, na rodzimej scenie politycznej ustabilizował się system PO-PiS.

Wielu wyborców nigdy się w tych podziałach nie odnajdywało.

Co jakiś czas „15 minut sławy” zdobywali więc liderzy-samorodki, ludzie „spoza układu”, często bez doświadczenia politycznego, ale też bagażu, który idzie z nim w parze. Nierzadko udawało im się przyciągnąć rzesze wyznawców i bezprecedensowe zainteresowanie mediów – magia kończyła się jednak tuż po wyborach. O kolejny mandat takie jednorazowe gwiazdy albo w ogóle się nie ubiegały albo (bezskutecznie) próbowały szczęścia pod egidą innej partii.

W cyklu „Spoza układu”, przez trzy kolejne poniedziałki, przyglądać się będziemy najsłynniejszym „nowym nadziejom” polskiej polityki, a konkretnie – częściom składowym ich niezaprzeczalnych sukcesów wizerunkowych.


Stanisław „Stan” Tymiński

Archetyp bogatego krewnego z Kanady.

W pierwszej turze wyborów prezydenckich w 1990 roku zaskoczył chyba nawet samego siebie zdobywając prawie 3 miliony 800 tysięcy głosów i wchodząc do drugiej tury z Lechem Wałęsą, który oczekiwał, że w tej rozgrywce zmierzy się z Tadeuszem Mazowieckim.

Foto: Maciej Kostuń

Tymiński przedstawiał się jako „jedyny prawdziwie niezależny” kandydat. Pojawił się „znikąd”, tudzież z Kanady, z żoną Peruwianką, nienajlepszą polszczyzną i prostymi rozwązaniami. Jego sukces wywołał ogromne zamieszanie na polskiej scenie politycznej i rzadką tam w tych czasach zgodę. Przed drugą turą nawet Mazowiecki, wtedy zacięty wróg Wałęsy, wzywał do głosowania na lidera Solidarności, a TVP dała dobre preludium do mandatu Jacka Kurskiego kilka dni przed głosowaniem emitując film dokumentalny oskarżający Tymińskiego o bicie żony i głodzenie dzieci.

Co składało się na udany wizerunek „politycznego Kaszpirowskiego” i „Dyzmy z Peru”, jak ochrzciły go media?

  • Powrót

Według oficjalnej narracji Stan Tymiński zdecydował się wziąć udział w wyborach ze zwykłego poczucia odpowiedzialności za kraj. „Dla ojczyzny ratowania wrócił się przez morze”, brzmiał jeden z jego sloganów wyborczych. W jednym z wywiadów Tymiński podkreślał swoją bezinteresowność twierdząc, że kandydował się „bo musiał”: „Ja cenię swoje niezależne życie. Mnie to nie było potrzebne.”

Obraz człowieka, który zrezygnował z wygodnego życia dla dobra Polski najwyraźniej przemawiał do wyborców.

  • Kanada

Ziemia obiecana, oaza dobrobytu podziwiana przez miliony Polaków. Tymiński rozkręcił tam swój biznes praktycznie od zera. Sukces w stylu amerykańskiego mitu (od pucybuta do milionera), miał być dowodem następującej tezy: skoro Tymiński umie zarabiać, to musi też wiedzieć jak rozwiązać problemy gospodarcze Polski. Takie rozumowanie zdawały się potwierdzać proste metody proponowane przez kandydata. Tymiński, w przeciwieństwie do np. Mazowieckiego, umiał odczarować ekonomię. Odrzucił zawiłą terminologię i zamiast niej zaproponował tzw. zdrowy chłopski rozum.

A czy rzeczywiście miał receptę na kryzys? Oceńcie sami na podstawie sloganów z jego programowej książki „Święte psy”: „najważniejsza jest produktywność”, „zysk jest najlepszą motywacją”, „energia jądrowa naszą przyszłością”.

  • Czarna teczka

Ulubionym rekwizytem Tymińskiego była walizka rzekomo wypełniona materiałami kompromitującymi Lecha Wałęsę. Do dzisiaj pojęcie „czarnej teczki” funkcjonuje w świadomości zbiorowej, mimo, że z wielkim prawdopodobieństwem ta, z którą obnosił się Tymiński była pusta.


Andrzej Lepper

Starszym czytelnikom nie trzeba go przedstawiać, młodsi też pewnie słyszeli o rolniku, który zrobił zawrotną karierę w polityce. Lepper był wiceprezesem Rady Ministrów, ministrem rolnictwa i rozwoju wsi, a w IV i V kadencji Sejmu także wicemarszałkiem z ramienia partii, którą kierował – Samoobrony.

Foto: Agencja SE/East News

Dla mediów był pierwszym autentycznym trybunem ludowym od czasów Lecha Wałęsy.

O ile Tymiński uchodzi (nieszłusznie) za marketingowego self-made mana, to Lepper nie ukrywał, że do politycznego PR-u podchodził bardzo poważnie. Był pierwszym politykiem, który spopularyzował pojęcie „socjotechniki” i po drodze rozsławił polskiego spin doktora, Piotra Tymochowicza.

Lepper miał inną niż Tymiński grupę docelową, a jednak podobnie jak on – wiedział jak do niej dotrzeć.

  • Protest

Protesty rolników były na przełomie stuleci zmorą rządu Jerzego Buzka i głównym narzędziem politycznej walki Leppera. Gdziekolwiek w Polsce pojawiał się problem, Lepper zaraz udawał się tam z akcją interwencyjną.

I nie były to zwykłe protesty, a prawdziwe spektakle: gnojówka przed Ministerstwem Rolnictwa, koza przed Ministerstwem Finansów, wożenie burmistrza Praszki na taczce, chłostanie zarządcy zajętego za długi gospodarstwa, obrzucanie jajkami ministra Balcerowicza, marsze na Warszawę, blokady dróg, wysypywanie zboża na tory. Zdarzało mu się balansować na granicy prawa, Lepper zaliczył więc kilka aresztów, z których zresztą też umiał zrobić widowiska.

Foto: Miliarder

Wyjątkowo umiejętnie przyciągał uwagę mediów.

  • Rolnik

W przeciwieństwie do PSL, partii wsi, która weszła na salony i tam już została, Lepper był autentyczny. Ogorzała twarz, niedopasowane garnitury, prosty język, niekiedy wulgarny (szczególnie, kiedy przychodziło mu mówić o rządzących) – po prostu zwyczajny chłop. Lepper sam siebie stawiał w kontrze do opływających w luksusy polityków. Kiedy Samoobrona weszła do Sejmu zapowiedział, że „Wersal się skończył”.

Dystansował się też umiejętnie od istniejących podziałów politycznych na obóz postkomunistyczny i postsolidarnościowy. Znane są jego hasła: „Czy wygra prawica, czy lewica, to i tak wszystko Targowica”, czy „Nie czas iść w prawo czy lewo, ale prosto”.

  • Balcerowicz

To jednak hasło „Balcerowicz musi odejść” stało się sztandarowym sloganem Samoobrony. Reformy Balcerowicza z początku lat 90. miały być uniwersalnym wyjaśnieniem biedy polskiej wsi i zadłużenia rolników, potem zaś, jako ministrowi finansów w rządzie Jerzego Buzka, to Balcerowiczowi najbardziej obrywało się za wszystkie posunięcia władzy.

Kiedy już Lepper rozsiadł się na znienawidzonych salonach i posiadł moc sprawczą (którą wykorzystywał głównie w swoim interesie), hasło ewoluowało i zaczęło coraz częściej brzmieć: „Lepper musi odejść”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: